Facebook

Od Andów po Góry Bismarcka – Misyjna Droga ks. Łukasza Hołuba

Nazywam się ks. Łukasz Hołub. Piszę te słowa z serca Papui-Nowej Gwinei, patrząc na górzysty krajobraz, który stał się moim domem. Moja droga do tego miejsca nie była linią prostą – wiodła przez seminaryjne korytarze w Przemyślu, przez równikowe lasy i wysokie szczyty Ekwadoru, aż po Antypody. Każdy z tych etapów był lekcją pokory, zaufania i odkrywania, czym tak naprawdę jest bycie misjonarzem.

Powołanie, które dojrzewało powoli

Pochodzę z Wierzbnej, niewielkiej miejscowości niedaleko Jarosławia. To tam, w rodzinnych stronach, kształtowała się moja wiara, ale myśl o misjach nie pojawiła się nagle, jak grom z jasnego nieba. Była raczej cichym szeptem, który towarzyszył mi od lat. Kiedy w 2013 roku kończyłem Wyższe Seminarium Duchowne w Przemyślu, wiedziałem już, że kapłaństwo to dla mnie nie tylko posługa w rodzimej diecezji, ale gotowość do pójścia tam, gdzie brakuje kapłanów.

Co ciekawe, moje pierwsze misyjne marzenia szybowały w stronę Afryki. Czarny Ląd wydawał mi się naturalnym kierunkiem – to tam potrzeby wydawały się największe, a obraz misjonarza w sutannie pośród afrykańskiej sawanny był głęboko zakorzeniony w mojej wyobraźni. Pan Bóg miał jednak nieco inne plany i postanowił zweryfikować moje wyobrażenia w 2014 roku. Wtedy to, pracując na swojej pierwszej parafii w Polsce, udało mi się wyjechać na miesiąc do Ekwadoru.

Ten miesiąc zmienił wszystko. Choć Ameryka Południowa to kulturowo i geograficznie zupełnie inny świat niż Afryka, to właśnie tam, u stóp Andów i w wilgotnym cieple tropików, „dotknąłem” misji. Zobaczyłem Kościół żywy, borykający się z problemami, ale też pełen nadziei. Po powrocie nie miałem już wątpliwości. W 2015 roku wyraziłem wolę pracy misyjnej, a po uzyskaniu zgody przełożonych trafiłem do Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Roczny kurs językowy i misjologiczny był czasem intensywnego przygotowania – nie tylko intelektualnego, ale przede wszystkim duchowego, do tego, co miało nadejść.

Ekwador – Szkoła przetrwania i duszpasterstwa

W czerwcu 2016 roku wylądowałem w Ekwadorze, w Wikariacie Apostolskim Zamora na południu kraju. Rzeczywistość misyjna uderzyła mnie niemal natychmiast. Mój pierwszy rok spędziłem w parafii Tundayme. Słowo „parafia” brzmi dumnie, ale realia były surowe – nie było tam na stałe księdza, brakowało plebanii, a struktury duszpasterskie praktycznie nie istniały.

Co więcej, trafiłem w sam środek społecznego wrzenia. Tundayme było areną konfliktu między rdzennymi Indianami z plemienia Shuar a chińską kopalnią miedzi. Napięcie wisiało w powietrzu każdego dnia. Walki o ziemię i prawa mieszkańców doprowadziły do eskalacji przemocy, aż w styczniu 2017 roku władze wprowadziły stan wyjątkowy. Wioska zaroiła się od wojska, a normalna praca duszpasterska stała się niemożliwa, a wręcz niebezpieczna. Musiałem opuścić parafię. Zamieszkałem u innego Polaka i jedynie dojeżdżałem do moich wiernych, starając się być z nimi w tych trudnych chwilach, na ile to było możliwe.

W lipcu 2017 roku nastąpiła zmiana. Biskup skierował mnie do parafii Valladolid, położonej w górach, niedaleko granicy z Peru. To było inne oblicze misji. Valladolid leży na wysokości 1600 m n.p.m., a dojazdowe wioski są rozsiane po jeszcze wyższych lub niższych partiach gór. Klimat był tam surowy i kapryśny. Noce przynosiły chłód rzędu 15 stopni Celsjusza, a dni, jeśli słońce kryło się za chmurami, nie były wiele cieplejsze. Dopiero gdy chmury ustępowały, temperatura skakała do 30 stopni. W tych warunkach, podróżując po górskich wertepach, uczyłem się wytrwałości. Uczyłem się, że misjonarz musi być czasem budowniczym, czasem kierowcą, a czasem mediatorem, ale przede wszystkim musi być obecny.


Pandemia i nowe horyzonty

Marzec 2020 roku przyniósł cezurę, która dotknęła cały świat. Wybuch pandemii COVID-19 sprawił, że Ekwador zamknął się na cztery spusty. Przez pół roku kościoły były zamknięte, a możliwość przemieszczania się drastycznie ograniczona. To był dla mnie trudny czas, ale paradoksalnie bardzo owocny. Zamknięcie, cisza i samotność stały się przestrzenią do głębokiej refleksji. Rozmawiałem z innymi misjonarzami, czytałem o potrzebach Kościoła w innych częściach świata i powoli zaczęła kiełkować we mnie myśl, że mój czas w Ekwadorze dobiega końca. Czułem wewnętrzne ponaglenie, by udać się do kraju jeszcze mniej rozwiniętego, tam, gdzie trudności są większe, a robotników w winnicy Pańskiej jeszcze mniej. Mój wzrok skierował się na Oceanię. W maju 2020 roku otrzymałem zgodę Arcybiskupa Adama Szala na zmianę kraju misyjnego. Kierunek: Papua-Nowa Gwinea.

Procedury nie były łatwe. W sierpniu wróciłem do Polski, by załatwić formalności wizowe. Czas oczekiwania dłużył się, a ja, pełniąc w tym czasie funkcję wikariusza w Polsce, wciąż myślami byłem już na drugiej półkuli. Wreszcie, w lutym 2021 roku, otrzymałem upragnioną wizę. Moim pierwotnym przeznaczeniem była diecezja Goroka, jednak ostatecznie Opatrzność rzuciła mnie do diecezji Kundiawa, w serce papuaskich gór.

Papua-Nowa Gwinea – Kraj kontrastów

Papua-Nowa Gwinea (PNG) to nie jest po prostu inny kraj. To inna planeta. Tutaj czas płynie inaczej – w rytmie „Melanesian time”, gdzie relacje są ważniejsze niż punktualność. To kraj nieprawdopodobnych kontrastów, gdzie surowe piękno gór zderza się z trudną codziennością ich mieszkańców.

Moja obecna praca w diecezji Kundiawa to ciągłe wyzwania, które wymagają nie tylko siły ducha, ale i, jak to czasem określamy, „misyjnego sprytu”. Tutejsza kultura jest głęboko plemienna. Sprawiedliwość pojmowana jest często w sposób dosłowny i natychmiastowy, co nierzadko wiąże się z użyciem siły.

Pamiętam sytuację z września 2025 roku. Niedzielne słońce prażyło niemiłosiernie, a ja stawałem nie tylko przy ołtarzu, ale i w centrum lokalnych konfliktów. Tutaj misjonarz nie może być tylko „człowiekiem od sacrum”. Musi rozumieć, dlaczego w ruch idą maczety, i umieć przekonać ludzi, że Ewangelia oferuje lepszą drogę rozwiązywania sporów niż plemienna wendeta. To balansowanie na cienkiej linie, wymagające ogromnego szacunku do tutejszych ludzi, ale i stanowczości w głoszeniu Prawdy.

Edukacja jako klucz do przyszłości

Jednym z najważniejszych aspektów mojej pracy jest edukacja. Widzę w niej jedyną drogę do realnej zmiany losu tych ludzi. W lipcu 2025 roku odwiedziłem katolickie szkoły podstawowe w Mondagruk i Gagugl. Droga do tych miejsc to często wyprawa sama w sobie – błoto, wertepy, przeprawy przez rzeki. Ale warto. Spotkania z dziećmi i nauczycielami dają mi ogromną dawkę nadziei. Warunki w szkołach są skromne, często brakuje podstawowych pomocy naukowych, ale zapał w oczach tych dzieci jest bezcenny. Kościół Katolicki w PNG odgrywa kluczową rolę w systemie edukacji. Często to my prowadzimy jedyne szkoły w promieniu wielu kilometrów. Staram się wspierać nauczycieli, być z nimi, pokazywać, że ich praca jest misją.

Równie ważna jest formacja katechetów. W lipcu, we wspomnienie błogosławionego Piotra To Rot – papuaskiego męczennika i patrona katechetów – świętowaliśmy Dzień Katechety w parafii Kup. Katecheci to prawdziwi herosi tutejszego Kościoła. To oni na co dzień, w swoich wioskach, podtrzymują płomień wiary, prowadzą nabożeństwa, gdy kapłan nie może dojechać. Bez nich nasza praca byłaby niemożliwa.


Święta pod Krzyżem Południa

Liturgia w Papui ma swój niepowtarzalny koloryt. Ostatnie Święta Bożego Narodzenia, które spędziłem w Kerowagi, były tego dowodem. Tutaj nie ma śniegu, nie ma choinek w naszym rozumieniu, ale jest żarliwość. Procesje, śpiewy,
tradycyjne stroje, tańce liturgiczne – wszystko to sprawia, że Ewangelia staje się namacalna, wcielona w tutejszą kulturę.

Msza święta w Kerowagi to nie cicha godzina w ławce. To żywioł. Ludzie przynoszą do ołtarza owoce swojej ziemi, swoje radości i troski. Widok tłumu wiernych, którzy mimo biedy i trudów życia potrafią tak szczerze cieszyć się z narodzin Zbawiciela, jest dla mnie najlepszym prezentem pod choinkę. Uświadamia mi, po co tu jestem.

Podsumowanie

Moja misyjna droga, wiodąca z Przemyśla, przez Ekwador, aż do Papui-Nowej Gwinei, nauczyła mnie jednego: Bóg jest wszędzie ten sam, ale drogi do ludzkich serc są nieskończenie różnorodne. Jestem wdzięczny za każdy dzień tutaj, w diecezji Kundiawa. Za trudne rozmowy, za niebezpieczne drogi, za uśmiechy dzieci w Mondagruk i za wiarę katechetów w Kup. Tęsknota za Polską, za rodziną, za chlebem i normalnością czasem doskwiera, ale poczucie sensu, jakie daje ta posługa, jest silniejsze. Proszę Was o modlitwę. Nie tylko za mnie, ale za moich parafian, za ludzi gór Papui, którzy każdego dnia walczą o godne życie. Wasze wsparcie duchowe i materialne sprawia, że w tym odległym zakątku świata, pod Krzyżem Południa, Kościół może żyć i wzrastać.

Z misyjnym pozdrowieniem, Ks. Łukasz Hołub

Starsze

Ks. Marek Kapłon – misjonarz zaprasza na pielgrzymkę!